Kategorie: Wszystkie | Felieton | Inne teksty | Reportaż | Wywiad
RSS
sobota, 27 lutego 2010

Czekam sobie spokojnie na przystanku. Mam szczęście, bo jest zadaszony – z nieba pada takie dziwne  c o ś . Jestem więc chroniony. Nie moknę.

Do autobusu zostaje jakieś pięć, może sześć minut. Mimo tego, że jest dopiero piętnasta, to każdy wydaje się być zmęczony. Widocznie pogoda – a raczej jej szara i smętna odsłona – tak wpływa na ludzi. Jedyne o czym marzę to dojechać szybko do domu.

Upragniona chwila nadeszła. Mozolnie na przystanek podjeżdża – zapewne pamiętający Gierka – pomalowany w kolorowe graffiti Jelcz. Skrzypiące drzwi otwierają się. Wchodzę więc pierwszymi od kierowcy.

- Dzień dobry. Poproszę ulgowy. – mówiąc to kładę złotówkę na wysunięty blat.

Bez żadnej odpowiedzi otrzymuję bilet. Rozglądam się i widzę wolne siedzenie koło starszej pani. Pytam, czy wolne, po czym siadam na miejsce.

Przez szybę widzę biegnącą panią. Ubrana jest jak na starszą polską babcię przystało: dłuższa szara spódnica, ciemna kurtka i kolorowa chusteczka na głowie. W ręku trzyma reklamówkę. Biegnąc macha do kierowcy, aby ten nie odjeżdżał. Na sygnalizacji świetlnej pali się czerwone, jednak drzwi do „wehikułu czasu zwanego autobusem miejskim” były już zamknięte.

W sekundzie oniemiałem. Byłem zszokowany tym, co widzę. Starsza pani puka w szybę w drzwiach –  tych pierwszych od kierowcy. Ci, co siedzą bądź stoją z przodu, dokładnie widza tę sytuację.

Kierowca wzrokiem władcy zerknął na staruszkę moknącą przed wejściem. Przypomnę, że nadal pali się czerwone. Co zrobił kierowca?... Wzruszył ramionami, przekręcił głowę, spojrzał na palące się  c z e r w o n e  światło i zaczął się wpychać do kolejki stojących samochodów. Starsza pani zniesmaczona i zapewne nieźle zdenerwowana została na przystanku.

Nagle czuję trącenie w prawy łokieć. Takie zwykłe, gdy ruszasz kogoś by coś mu powiedzieć.

- Widział Pan to, co ja? Jak on tak mógł? Przecież jeszcze stoimy na czerwonym. – odparła starsza pani siedząca obok mnie. – Spokojnie mógł ją wpuścić. Przecież widzi, że pada, a jej się spieszyło.

W momencie przypomniały mi się słowa Kapuścińskiego, że „każdy człowiek jest dobry, tylko to dobro musimy w nim dostrzec”. I teraz pytam sam siebie, jak w takim człowieku – kierowcy – dostrzec dobro. Rozumie, że jest zła pogoda, nerwy w domu lub w pracy, ale jak można być tak bezwzględnym?

Niestety lata komunistycznego wychowania robią swoje. „To JA jestem kierowcą, a TY pasażerem. To JA wpuszczam tego kogo chcę, a TY grzecznie robisz to co JA mówię.”

Na szczęście takie podejście jest już coraz bardziej na wymarciu. Żółć płynącą z ust zastępujemy dobrym słowem. Jak kiedyś ktoś powiedział „Człowiek dla człowieka musi być człowiekiem”.

środa, 17 lutego 2010

Czas leci nieubłagalnie. Jak liście na jesień spadają kartki z kalendarza. Nim się obejrzałem, to znalazłem się już na trzecim roku studiów. Najważniejszym, bo ostatnim  (licencjackie dziennikarstwo).

Ambitnie więc podszedłem do nauki. Wybrałem dwie specjalizacje – radiową i prasową. Ale wszystko po kolei.

To tylko trzy lata, a diametralnie zmieniły moje życie. Przychodząc na studia dziennikarskie marzyłem – jak większość studentów – by pracować w telewizji. Wszystko się zmieniło. Komercyjne marzenia przekształciły się w ambitne cele. Zakochałem się w radiu i prasie. Jeśli pragniecie szczegółów, to  pokochałem reportaż. Wydawać by się mogło archaiczną i zapomnianą już sztukę dziennikarską. Jednak poszukiwałem duszy. Ową duszę odnalazłem w reportażu.

Wszystko za sprawą materiału – oczywiście reportażu – jaki miałem zrealizować (temat oraz sam reportaż poznacie za jakiś czas –  na razie to tajemnica z tych oznaczonych TOP SECRET).

Gdy zbierałem informacje oraz odszukiwałem osoby związane z tematem, czułem się jak archeolog ludzkich przeżyć. Uczestniczyłem w historii, której do tej pory nie znalem. To fantastyczne uczucie. Dla mnie bardzo szczególne.

Muszę przyznać, że trochę ryzykuję. Reportaż już nie jest tak popularny jak za czasów Ryszarda Kapuścińskiego. Jako – jak Bóg da –  przyszły dziennikarz odpowiedziałem sobie na bardzo ważne pytania. Co chcę w życiu robić? W jakiej dziedzinie będę spełniony? Czy to, co będę tworzył da mi uśmiech i zadowolenie. Odpowiedź była jedna – R E P O R T A Ż ! To nie Ty wybierasz miłość, to miłość wybiera Ciebie.

Obecna sytuacja w mediach nie napawa optymizmem przyszłych dziennikarzy. Wszędzie słychać „tniemy koszty, pensje mniejsze, zwalniamy pracowników”. Ale dla mnie dziennikarstwo to nie zawód, to droga jaką chcę iść. To sposób na życie! Dlatego walczę by marzyć, a marzę by żyć…


Wolność słowa, wyrażanie własnej opinii, pisanie o rzeczach oczywistych, bez możliwości ingerowania w nasz tekst. To wszystko kojarzy nam się z dziennikarstwem. Czy można jednak rozmawiać o zawodzie dziennikarza w czasach PRL-u, gdzie cenzura ingerowała w nasze myśli, słowa? Na te i inne pytania odpowiada Teresa Torańska.


Michał Chrzanowski – Mówiąc o dziennikarstwie myślimy o wolności słowa, wolności mediów, ale czy można było mówić o dziennikarstwie w PRL-u skoro wolności słowa nie było?

Teresa Torańska – Oczywiście, że tak. Po pierwsze możemy odpowiadać dowcipnie. Wtedy można mówić, że to była taka gra z cenzurą. Próbowało się aluzjami, historyjkami z morałem przemycić pewne informacje. Dlatego to była gra. Z drugiej strony cenzura była ograniczeniem, nie tylko słowa, ale i wolności.

Czy można było mówić o rzetelności dziennikarskiej skoro działała cenzura? Informacje przekazywano za pomocą aluzji, anegdot. Czy może były jeszcze jakieś inne sposoby dotarcia do ludzi?

Historia PRL-u to nie jest historia jednorodna. Do 1955 r. cenzura była okropna. Eliminująca z zawodu dziennikarskiego wszystkie tzw. „żywsze myśli”. Potem jednak było falowanie. Zaczęłam pracę w latach '70 i byłam w tej szczęśliwej sytuacji, że mnie nie powierzano żadnych tekstów, wstępniaków, pisania poważnych zapowiedzi zjazdów partyjnych. Z jednej strony była taka tendencja ochrony młodzieży przed pisaniem tego „gówna”. Z drugiej strony uważali, że młodzież tego nie potrafi napisać, ponieważ przemyca ukrytą myśl. Ja akurat miałam to szczęście – bo pracowałam w Kulturze. Były tam rzeczywiście ukryte myśli, polemiki, co do linii partii. Więc moja sytuacja była zupełnie inna. Jeśli mówimy o rzetelności była ona wyższa niż teraz. Ja ze zdziwieniem patrzę jak można pisać brednie, nigdzie niesprawdzone i nie poparte faktami. Teraz widać granie na emocjach.

W pewnym wywiadzie Jan Karski powiedział znamienne słowa: „Z zagranicy widać las, z Polski tylko drzewa”. Odnosiło się to do tego, że problemy Polski były lepiej widoczne z oddali. Czy nie było tak, że Polak więcej dowiadywał się o kraju od zagranicznych dziennikarzy?

Dziennikarze zagraniczni tylko przyjeżdżali, lecz to był ogląd sytuacji. Dużo dowiedzieć się można było od Polonusów, którzy interesowali się krajem. Oni z oddali widzieli najważniejsze problemy Polski. My zaś często gubiliśmy się w szczegółach. Moim zdaniem Karski dużo więcej widział tam (w Stanach Zjednoczonych przyp. Red.), czytając w pigułce o Polsce, niż gdyby chodził po polskich kawiarniach. Bo Polska składa się z kawiarni, w których obowiązują inne prawa, inne plotki.

Co działo się z dziennikarzami w Stanie Wojennym, którzy chcieli pisać prawdę, iść pod prąd?

Ja nie poszłam na weryfikacje w związku, z czym zostałam pozbawiano prawa wykonywanie tego zawodu. Nie mogłam pracować w tym zawodzie i bym nie potrafiła. Nikt mnie nigdy nie zmuszał do pisania niegodziwości, kłamstw itd. Mogłam dalej jeździć do fabryk i opisywać np. jak pracują łódzkie włókniarki. Pytał Pan jak obchodzono cenzurę. Gdy odrzucano tekst w gazecie, to oczywiście człowiek nie dostawał wierszówki. Jednak było mnóstwo konkursów powoływanych przez dziennikarzy, gdzie nagroda wynosiła nawet siedem razy więcej niż wynagrodzenie za artykuł. Więc to była zachęta by pisać takie teksty. Ja nie udzielałam się w prasie oficjalnej, ale była rozbudowana prasa podziemna. Więc kłopotu z wydrukowaniem tekstu nie było żadnego.

Czy pisano o sprawach związanych z Solidarnością?

Kiedy powstała Solidarność jako Związek Zawodowy i została zarejestrowana to teksty – z trudnościami – ukazywały się. Oczywiście wykreślano jedno lub dwa zdania, ale z autorami szło się na kompromis i artykuły były drukowane. Po Stanie Wojennym nie można było pisać ani słowa o Solidarności.

Teraz zapatrujemy się na czasy PRL-u przez pryzmat oceniania. Dowodem tego jest lustracja. Jakie jest Pani podejście do lustracji?

Lustracja donikąd nie zmierza. Od początku była sprawą szalenie trudną do przeprowadzenia. Marzę o tym, aby winni zostali ukarani, a niewinni nagrodzeni. Ale nie da się tego zrobić. W Solidarności była cała masa ludzi, która przeszła stalinizm. Ma Pan przykład Kołakowskiego. Jak można go zlustrować? Co można zrobić? Co zlustrować? Człowiek żył, rozwijał się. I co, trzeba go skazać na wykreślenie? Przecież to my na tym tracimy! My powinniśmy się uczyć z jego książek. We wszystkich przestępstwach obowiązuje czas zatarcia. Po iluś latach przestępstwo ulega przedawnieniu. To my po sześćdziesięciu latach mamy człowieka karać, za to, że będąc młodym, głupim uwierzył w stalinizm - mogę to zrozumieć, bo wiara jest rzeczą irracjonalną.

Więc co tkwi w nas, że za wszelką cenę chcemy ukarać historię po latach?

Bo Polacy ubóstwiają grzebać się w przeszłości. To uwalnia od odpowiedzialności za przyszłość. Po co to robimy? Po to, że my mamy być czyści. My mamy być największymi autorytetami. A to, co było, to jest zło – trzeba je wyczyścić. Na tym opierał się bolszewizm. Też chciał wyhodować nowe elity. Nowego człowieka. A ci starzy, przedwojenni to źli. Jak na to patrzę to jest to samo. Dla mnie te metody są bolszewickie. Bo to już było.

Teraz rozgrywa się proces gen. Jaruzelskiego. Jak się Pani na to zapatruje?

Bez sensu. Wie Pan, jest kilka procesów. Jeden z nich jest o Grudzień '70. Wiadomo, że to Gomułka wydawał rozkazy. Próbowałam rozmawiać z Kociołkiem. A Kociołek na to: „Proszę Pani. Przecież ja mam proces. Ja bym wszystko opowiedział, ale to zostanie wykorzystane przeciwko mnie”. Zatkało się usta świadkom historii, którzy opowiedzieliby jak było naprawdę. To wszystko można wyważyć. Od tego są historycy i analiza faktów historycznych. Wiedzielibyśmy jak wyglądał obraz psychologiczny tamtej epoki. Teraz nie będziemy go znać.

Czy w dobie wolności słowa, wolnych mediów można mówić o cenzurze? Czy są pewne tematy, osoby, rzeczy, o których dziennikarz nie powinien pisać?

Nie no, nie ma żadnej cenzury. To bardziej wynika z ludzkich skłonności. Spodobać się szefowi. Bo jak człowiek się szefowi nie spodoba, to wynagrodzenia nie dostanie. Będzie poza układem. Skazany na samotność. Jawnej cenzury nie ma. Bynajmniej ja się z nią nie zetknęłam.

Dziękuję za rozmowę i życzę wszystkiego, co najlepsze.

Ja również.


 
1 , 2 , 3 , 4